Po kilkunastu minutach na miejscu pojawiła się ekipa dochodzeniowa. Już na klatce schodowej kamienicy na Zamościu zabezpieczono ślady krwi. W mieszkaniu panował bałagan po libacji: pod stołem cztery butelki po winie i półlitrówka po wódce, na stoliku obok dużego radia potłuczone lusterko, sterta książek i pocięty na kawałki dżins oraz pusta butelka po piwie. W jednym z pokoi, na chodniczku, leżały nagie zwłoki Weroniki z dwudziestoma ranami kłutymi. Technicy zabezpieczyli kilkadziesiąt śladów należących do wielu osób.
Przesłuchano pierwszych świadków, ale ustalenie bywalców mieszkania Weroniki okazało się niemal niemożliwe. Codziennie przewijało się tam kilku amatorów taniego wina. Śledczy próbowali odtworzyć ostatnie dni jej życia oraz ustalić, z kim się spotykała. Weronika była znaną alkoholiczką, mieszkała sama, wcześniej odebrano jej prawa rodzicielskie. Sąsiedzi wspominali, że kiedyś była dobrą matką, lecz z czasem się stoczyła. Bywała w pawilonie Zamoście, kawiarni Letniej i kioskach z piwem, gdzie poznawała przypadkowych mężczyzn i zapraszała ich do domu na dalsze libacje.
W programie „997” prosiliśmy mieszkańców ul. Przemysłowej o informacje o Weronice i jej znajomych. Odtworzenie ostatnich dni życia okazało się niemal niemożliwe – przez jej mieszkanie przewinęło się ponad 30 osób. Policja ustaliła jedynie, że 1 czerwca widziano ją pod pawilonem Zamoście w towarzystwie mężczyzny. Po wypiciu wina wróciła sama do domu. Jeszcze przed południem zauważono ją przed kamienicą, później zniknęła. Tego dnia po południu jej dziecko znalazło matkę leżącą na podłodze i uznało, że śpi pijana. Dopiero 4 czerwca sąsiadka odkryła nagie zwłoki. Nie udało się ustalić, kto feralnej nocy był w mieszkaniu, dlatego ponowiono przesłuchania lokatorów.
Jeden z nich przyznał, że około drugiej w nocy przyszedł do Weroniki po wódkę i zobaczył jej martwe ciało. Uciekł, nie informując policji, przestraszony, że znajdzie się w kręgu podejrzeń. Przez trzy dni zwłoki pozostawały w mieszkaniu, a sąsiad faktycznie stał się głównym podejrzanym – do czasu, gdy alibi oczyściło go z zarzutów. Wtedy pojawił się nowy świadek, Tomasz B. Twierdził, że w południe był u Weroniki razem z dwoma mężczyznami: Jurkiem „Toruniakiem” i drugim, którego nie znał. Dołączył do libacji, wypili kilka butelek wina i pół litra wódki. Co znamienne, początkowo nie pamiętał nawet imienia ofiary ani jednego z gości. Według jego zeznań, gdy wyszedł, tamci dwaj zostali w mieszkaniu.
Rozpoczęto poszukiwania obu mężczyzn. Sporządzono portret pamięciowy Jurka znanego jako „Toruniak”, lecz trop szybko się urwał. Policji udało się zatrzymać drugiego z nich, wskazanego przez Tomasza B., który miał być w mieszkaniu Weroniki tuż przed zabójstwem. Jednak brak dowodów na jego obecność i nieuchwytność „Toruniaka” sprawiły, że śledztwo znalazło się w martwym punkcie. Wtedy gorzowska policja zwróciła się o pomoc do naszego programu. Pojawiliśmy się na miejscu zbrodni, rozpoczęliśmy zdjęcia i inscenizację filmową. Wkrótce wydarzyły się rzeczy, których nikt się nie spodziewał.
W toku dalszych działań śledczy zebrali materiał wskazujący, że sprawcą może być dotychczasowy świadek – Tomasz B. Okazało się, że pomówieni przez niego mężczyźni nie mieli związku ze sprawą, co potwierdziła konfrontacja. Przyciśnięty przez policję Tomasz złożył nowe zeznania i podczas wizji lokalnej przyznał się do zabójstwa, pokazując jego przebieg. Za zgodą prokuratora z Gorzowa zaprezentowałem te wyjaśnienia w programie „997”, gdzie Tomasz B. opowiedział o szczegółach zbrodni.
Sprawca znał Weronikę od dawna, a ta unikała go, bo była mu winna 30 tysięcy złotych. Spotkali się pod pawilonem Zamoście, skąd pod pretekstem oddania długu zaprosiła go do mieszkania. Po drodze kupili alkohol i szybko się upili. Podczas wizji lokalnej Tomasz B. opowiadał, że Weronika zaczęła się rozbierać, a on nie chciał zbliżenia. Twierdził, że nóż znalazł się w jego ręku przypadkiem. W czasie wizji lokalnej użyto manekina jako ciała ofiary. Tomasz B. pokazał na nim, jak kobieta w pewnej chwili się przewróciła, a wtedy rzucił się na nią i zadał 20 ciosów nożem. Pijany uciekł, nie sprawdzając, czy żyje. Za tę zbrodnię groziło mu wówczas maksymalnie 25 lat więzienia – kara śmierci była już zniesiona, a dożywocie jeszcze nie obowiązywało.